Jubileusz 75-lecia Koła – historie, ciekawostki, anegdoty
Jubileusz 75-lecia
Koła Grodzkiego PTTK
w Krakowie
1951-2026.
Patronat honorowy:

Łukasz Smółka
Marszałek Województwa Małopolskiego

Aleksander Miszalski
Prezydent Miasta Krakowa

Małopolska Organizacja Turystyczna
Patronat medialny:
Historie, ciekawostki, anegdoty
03.09.2025 r.
Odczyty, wydawanie czasopism i przewodników, działalność edukacyjna – oczywiście, działacze PTK zajmowali się tym wszystkim z pełnym zaangażowaniem i oddaniem. Ale najważniejsze, jedyne i niezastąpione w krajoznawstwie są oczywiście WYCIECZKI.
W pierwszym roku działalności zorganizowali aż trzy wycieczki krajoznawcze: do Puszczy Kampinoskiej, do Żelazowej Woli i do Czerska. W niektórych wyprawach brało udział ponad 400 osób!
Ta pierwsza (po prostu PIERWSZA) wycieczka pojechała do Puszczy Kampinoskiej (pamiętamy, że Polskie Towarzystwo Krajoznawcze do 1918 roku działało tylko na terenie Kongresówki). Zapaleni do działania organizatorzy i rozemocjonowani nowością uczestnicy – po prostu nie mogło się nie udać.
Na pierwszej tej wycieczce Towarzystwo miało spróbować swych sil organizacyjnych. Zapisy były tak liczne, że zaszła konieczność wynajęcia 2 parostatków, jeden bowiem nie mógłby pomieścić wszystkich uczestników.
W dniu 2 czerwca 1907 r., o godz. 7 z rana, odbiły od przystani parowce „Kopernik’’ i „Nadwiślanin,” wioząc 387 osób, które przybyły na przystań. Zapisów było 400. Poranek był wcale nie obiecujący: niebo zaciągnięte chmurami, pomiędzy 6 a 7 padał ulewny deszcz. Po ruszeniu statków od przystani warszawskiej, niebo wypogodziło się i już stale do końca wycieczki pogoda dopisywała.
Kierownictwo wycieczki objęli p. p. Kulwieć i Janowski. O dzień wcześniej członek Towarzystwa, p.A.Ojrzyński, wyruszył z osadą wioślarską, aby wybrać miejsce odpowiednie do wylądowania. Według też jego wskazówki zawinęły statki pod Gniewniewicami, o pół godziny drogi za Zakroczymiem, na lewym brzegu Wisły. Na statkach brzmiały pieśni chóru, naprędce zorganizowanego. Ożywiona też była sprzedaż map Puszczy Kampinoskiej, przygotowanych przez podsekcję kartograficzną, oraz pocztówki pamiątkowej, z rysunkiem p. Wisznickiego.
Po wylądowaniu ruszono pieszo przez wsie Leoncin i Teofilewo do skraju puszczy, odległej od Wisły o godzinę drogi pieszej. Droga to była piaszczysta, kurz dokuczał, lecz ożywienie ogólne nie słabło, mimo tych przeciwności. Do lasu przybyli też nadleśni puszczy, którzy otrzymali od Zarządu dóbr państwa dyspozycję udzielania informacji wycieczce. Po rozłożeniu się obozem u skraju lasu i po godzinnym wypoczynku, p. Kulwieć z liczną gromadą młodzieży skierował się ku nizinie pod Dąbrową, gdzie zgromadzono obfite zbiory botaniczne.

O 4-tej po południu zagrały trąbki do odwrotu i pochód ruszył ku Wiśle, o 6-tej zaś statki wyruszyły ku Warszawie, dokąd zawinęły o godz. 10 m. 30 wieczorem. Cała wycieczka odbyła się bez żadnych przeszkód, trudności lub niewygód. Nastrój panował znakomity, wycieczka, rozpoczynająca tę działalność Towarzystwa, udała się doskonale. (Rocznik PTK, 1907)
Jesienią tego samego roku zorganizowano wycieczkę do Czerska:
W piękny jesienny dzień, 15 października, 172 osoby wyruszyły kolejką Grójecką o 8 m. 50 z rana do Góry Kalwarji. Ztąd ruszono do ruin zamku w Czersku. Po drodze zbierano okruchy urn na wydmie piaszczystej koło wiatraka. Na podwórzu zamkowem p. Zygmunt Wolski wygłosił pogadankę o historji zamku czerskiego. Wśród murów śpiewał chór młodzieży. Artystyczną niespodzianką była gra utalentowanej skrzypaczki, Danjeli Krakowskiej. Tańczono i bawiono się w gry na podwórzu.
O 4 ruszono z powrotem, a o 6 m. 50 wycieczka przybyła do Warszawy. (Rocznik PTK, 1907)

A w trzeciej relacji, z wycieczki do źródeł Warty, pomieszamy trochę czasy: opis jest oryginalny z 1910 roku, ale fotografie z 2024 roku.
Wycieczka ruszyła koleją do Zawiercia. Tu gościł ją nasz Oddział miejscowy. Następnie udano się w drogę końmi, zwiedzając po drodze Hutę Hulczyńskiego i Cementownię Ogrodzieniec. Pod miastem Ogrodzieńcem ludność miejscowa przyjęła wycieczkę chlebem i solą i poprowadziła z muzyką do Kościoła i Zamku.
O 4 po południu wycieczka stanęła w Zamku Pilickim, gościnnie podejmowana przez jego Właścicieli. Po zwiedzeniu zamku, kościołów, źródeł Pilicy i ruin zamku w Smoleniu, na drugi dzień o 12 wycieczka, wracając w stąpiła do Kromołowa obejrzeć źródła Warty, a w Zawierciu oglądano cenne zbiory entomologiczne p. Isaaka.
O 5 m. 40 ruszono z Zawiercia, a o 12 m. 50 powrócono do Warszawy. Osób było 70, przewodnikiem był p. Al. Janowski. Gorące podziękowanie należy się uprzejmym gospodarzom zamku w Pilicy pp.Kazimierzostwu Arkuszewskim, podejmującym gościnnie całą wycieczkę we wspaniałym zamczysku, pp. Dyrektorom Szymańskiemu i Ginsbergowi w Zawierciu, a p. Wolffowi w Hucie Hulczyńskiego.

Wycieczka Koła Grodzkiego „Do źródeł Warty” – 22.09.2024 r. (fot. Ula Łomiec)
16.08.2025 r.
Było ich trzech, w każdym z nich inna krew, ale jeden przyświecał im cel… – parafraza znanego przeboju niemal idealnie pasuje, aby krótko opisać moment założenia Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego. Wprawdzie różne źródła wymieniają również zaangażowanych w przedsięwzięcie Zygmunta Glogera i Kazimierza Czerwińskiego (później członków zarządu), ale pierwszy Statut z października 1906 roku podaje, że założycielami Towarzystwa są Aleksander Janowski, Karol Hoffman i Kazimierz Kulwieć.
Kliknij w obrazki, aby powiększyć
Tak oto wspominał tamten czas Kazimierz Kulwieć, z pewnością jedna z najwybitniejszych postaci ruchu krajoznawczego w Polsce:
Ze swej strony pragnąłbym przypomnieć kilka szczegółów, tyczących tych wewnętrznych nastrojów i tendencyj, któremi organizatorowie pierwszych w Polsce placówek krajoznawczych byli przepełnieni.
Jasny, ściśle określony cel ten wydawał się nam godnym podjęcia wszelkich wysiłków, aby wykorzystać moment pewnego odprężenia politycznego, jakie się dało odczuć w zaborze rosyjskim po przegranej przez Rosję wojnie japońskiej — wobec zniesienia cenzury i pewnych ulg w tworzeniu się związków i stowarzyszeń. Nie potrzebowaliśmy podejmować żadnych specjalnych wysiłków w kierunku reklamowania naszych zamiarów lub zabiegów o pozyskanie członków dla projektowanego stowarzyszenia. Poprzestawaliśmy na przyjmowaniu do swego grona tych, którzy sami się do nas — „do krajoznawstwa polskiego” garnęli.
Nie było też żadnych sporów przy formowaniu szczegółowego planu działania i układaniu paragrafów statutu. Nie legitymowaliśmy nikogo z tych, którzy się do nas, na zebranie przedwstępne, a potem na członków P. T. K. zgłaszali, nie chodziło nam bowiem wcale o to, jaką pieczęcią polityczną rekrutowani krajoznawcy się pieczętują, lecz raczej o to, jaką wiedzę i jakiej siły uczucie patrjotyczne z sobą przynoszą.
I to było najmocniejszym dla nas cementem.

Przez pierwsze dwa lata swego istnienia P. T. K. działało z niezmierną ostrożnością. Rozumieliśmy bowiem wszyscy, przy „sterze krajoznawczym” skupieni, że bazyliszkowe oko administracji rosyjskiej wpatrzone jest stale we wszelkie nasze poruszenia i że wystarczyłoby najmniejszego wychylenia się poza ścisłe granice, zakreślone nam przez statut, aby spotkał nas los świeżo zamkniętej Macierzy Szkolnej. Nawet wycieczki krajoznawcze, poza 10 gubernij Królestwa wychylające się, już były na indeksie, jak dowiodło tego dochodzenie, wszczęte przez gubernatora Podolskiego z powodu odbytej podróży krajoznawców warszawskich do Kamieńca podolskiego — sprawa, którą z wielkim wysiłkiem dało się zaledwie zażegnać, od katastrofy likwidacyjnej Towarzystwo chroniąc.
I jeszcze kilka słów, które wyszły spod pióra samego Aleksandra Janowskiego, o początkach działalności:
Nareszcie nadszedł czas, aby ten ruch nieskoordynowany ująć w jakieś ramy organizacyjne. Rzuciłem projekt założenia Towarzystwa Krajoznawczego. Eh, do projektów zawsze byłem skory, gorzej z ich urzeczywistnieniem. I może ten projekt nie byłby zrealizowany, gdyby nie ujął go w swe dłonie Kazimierz Kulwieć, wytrwały, uparty i nieustępliwy pono Żmudzin z rodu. Jego to jest zasługą, że Polskie Towarzystwo Krajoznawcze zostało zorganizowane.
Boże, jak myśmy kochali tę placówkę! Złączyła ona nas, stopiła w jedną kadrę służby dla Ojczyzny. Byli tam i endecy i pepeesi i wszelakie partje i poglądy, ale było to tak przedziwnie zgrane, że z utęsknieniem wyczekiwało się tej 6-ej godziny, gdyśmy się zbierali w lokalu Towarzystwa.
(…) A w Towarzystwie ten kwartet coraz nowe wysuwał myśli, kreślił plany, tworzył placówki; powstały: Sekcja Miłośników Warszawy, Sekcja Miłośników Gór, Towarzystwo Kresów Mazurskich, Komisja Fizjograficzna, Sekcja Młodzieży, skąd też paru wyszło na katedry uniwersyteckie. Towarzystwo pierwsze poruszyło sprawę ochrony przyrody, inwentaryzacji zabytków, badań naukowych w Łysogórach, wydawanie przewodników, budowanie schronisk, słowem była to działalność zdumiewająco wielostronna i wielce owocna.
I tak 119 lat temu zaczęli, a ukute wówczas idee i cele są w większości aktualne do dziś.
.02.08.2025 r.
Z okazji jubileuszu 75-lecia działalności Koła Grodzkiego Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego im. Ludomira Sawickiego w Krakowie przygotowaliśmy nieco obszerniejszą, kilkuczęściową historię. Bo tak naprawdę pierwszy początek miał miejsce nie w roku 1951 (o TYM początku będzie mowa później), ale w roku 1885 i nie wydarzył się w Krakowie.
Ten pierwszy początek był wtedy, kiedy Polska nie odzyskała jeszcze niepodległości, a młodzi ludzie mieli ideały. I marzenia.
Było to wtedy, gdy do Ogrodzieńca przyjechał młodziutki Aleksander Janowski.

O roli jaką odegrał w krzewieniu krajoznawstwa i o tym jak utworzył Polskie Towarzystwo Krajoznawcze, napiszemy w następnej części, a teraz fragment jego wspomnień, które ukazały się na łamach dwutygodnika „Ziemia” w roku 1931:
Parki, przędzące nić mego żywota, musiały to czynić w jakiejś uroczej miejscowości nad Pilicą, czy nad sandomierskim łanem, lub na Tumskiej górze Płocka. Gawędząc, jak rzetelne prządki, orzekły: „Chłopak będzie włóczęgą”. Rzekły.
Rodzina moja wiodła żywot koczowniczy: w piątym roku mego żywota mieszkaliśmy pod Stawiszynem, w ósmym na Podlasiu, w dwunastym w Józefowie nad Wisłą, w piętnastym pod Radomskiem, w dziewiętnastym w Zagłębiu.
Na wrażliwy umysł chłopaka te bezustanne zmiany wpłynęły pobudzająco: liczne kompanje na odpustach w Woli Gutowskiej, najczarowniejsza w Polsce droga Puławy — Włostowice—Bochotnica—Kazimierz z zamkami po Wielkim Królu, ruiny pałacu Lubomirskich w Józefowie, Pławno, Gidle i pobliże Częstochowy, wszystko to jak na czułej kliszy odbijało się i zapadało głęboko w duszę młodego włóczęgi.
Miałem dziewiętnaście lat, gdy przyjechał do mnie do Sosnowca kolega mój szkolny, dobry rysownik, pospolicie zwany „Maljasz”. Wyciągnął mnie na wycieczkę do Ogrodzieńca. Wędrowaliśmy z Zawiercia, chłodząc się wodą to z Warty, to z Przemszy na tym wąskim wododziale Odry i Wisły. Gdy wyszliśmy na wzgórze za miasteczkiem i ukazały się w swym majestacie potężne mury ogrodzienieckiego zamku, stanąłem jak wryty. Był to niezapomniany wstrząs. Pamiętam, że jak Krzyżowcy na widok murów Jerozolimy, wołałem: „Bóg tak chce!”.
Może to było bezwiedne ślubowanie.

Mury zamczyska uczyniły na mnie kolosalne wrażenie, gdy w pełni lipcowego słońca kreśliły na błękicie nieba swe potężne szare baszty. Wałęsanie się po ruinach, zaglądanie do każdego zakątka zabrały nam dużo czasu i aniśmy się spostrzegli, że nadciągnęła gwałtowna letnia burza. Z okien chaty w Podzamczu widzieliśmy całe zamczysko w majestacie rozszalałej nawałnicy. Purpura błyskawic złociła wieżyce, otchłanie okien czarnemi oczodołami wpatrywały się w rozpętanie żywiołów.
Burza, jak nagle przyszła, tak też szybko przeszła, ale już na pociąg było zbyt późno i musieliśmy zostać na noc w Podzamczu. Czarowna noc lipcowa roztoczyła się nad zamczyskiem. Wielka czerwona, a potem srebrzysta tarcza pełni wypłynęła na niebo, srebrząc mistyczną poświatą Bonerowską budowę. Znów powędrowaliśmy do ruin. „Maljasz” szkicował, ja mruczałem „te zamki, połamane w zwaliska bez ładu, broniły się i strzegły, o niewdzięczny Krymie…”
Siedzieliśmy na złomie w kaplicy zamkowej nad bramą wjazdową, gdy w furcie muru po przeciwległej stronie zamkowego dziedzińca ukazała się wysoka, biała postać, wsparta na wysokim kiju. „Pani zamczyska”? Serca drżały… Mieliśmy po dziewiętnaście lat…
Postać szła w stronę naszej bramy… Była to stara żebraczka w białej płachcie.
Jak na jeden dzień była to suma wrażeń bardzo bogata, a że obok zamiłowania do włóczęgi, posiadam też wrodzony instynkt belferski, przeto zupełnie podświadomie rozbudziło się w duszy pragnienie: aby te cuda naszej przyrody i kultury mogły być podziwiane przez najliczniejsze rzesze. To była właśnie bezwiedna koncepcja krajoznawstwa.
Po Ogrodzieńcu poszedł romantyczny Smoleń, Mirów, Bobolice, Siewierz, Mokrsko,
Skarżyce, źródła Warty w Kromołowie i Pilicy w Pilicy. Uwieńczył tę wędrówkę Ojców i Kraków po jednym, a Częstochowa po drugim krańcu tego niezwykle pięknego grzbietu Jury Krakowskiej. W roku 1890 przeniosłem się do Warszawy. Tu brałem zwykle dwunastu chłopaków z różnych szkół. Nakreślałem marszrutę, przygotowaliśmy się z dostępnej bibljografji, nauczaliśmy się piosenek, deklamacyj i wyruszaliśmy na dwu- trzydniowe wycieczki wakacyjne. Odbyły się takie wyprawy na Kurpie, w dolinę Warty, z biegiem Wieprza, nad Nidę, a były one przyjmowane wszędzie tak serdecznie po chatach, dworach, plebanjach, miastach i miasteczkach, że ujmowały młode serca swą szczerą gościnnością.

Z tych chłopaków, co biegali wtedy ze mną, kilku jest profesorami wszechnic, kilku na wysokich urzędach wojskowych i cywilnych, a choć to 30 lat dzieli nas od owych młodzieńczych wypraw, do dziś jednak pozostały najserdeczniejsze przyjacielskie stosunki pomiędzy nami.
ciąg dalszy nastąpił…
.
22.12.2024 r.
Drodzy Uczestnicy Akcji Zdobywamy Odznakę Przyjaciela Krakowa!
W związku z przygotowaniami do Jubileuszu 75-lecia Koła Grodzkiego PTTK w Krakowie, Zarząd Koła zwraca się z ogromną prośbą o kontakt do tych, którzy zdobywali odznaki Przyjaciela Krakowa na początku istnienia Akcji, czyli w latach 70-tych i 80-tych XX w.
Wiemy, że podczas wręczania odznak w stopniu z Pawim Piórem (wtedy, kiedy imprezy odbywały się jeszcze /w Domu Turysty PTTK) był specjalnie zamawiany fotograf do uwieczniania tych chwil, a potem można było nabyć w biurze Koła wywołane zdjęcia.
Jeśli ktoś z Was jest w posiadaniu takiej historycznej odbitki, prosimy, aby się z nami podzielił. I opowieściami z tamtych lat również.
A gdyby ktoś miał zdjęcia ze spaceru…! Nasza radość nie miałaby granic!
Naprawdę, ta nasza krakowska Akcja ze względu na długość trwania (w niezmienionej prawie formie) jest w Polsce ewenementem. Szukajcie w swoich domowych albumach!
Podzielimy się z Wami przy tej okazji jedną ciekawostką wyczytaną w archiwalnych protokołach z zebrań zarządu: wiecie, że ten ostatni stopień Odznaki Przyjaciela Krakowa miał mieć nazwę „Diamentowa”…?






